poniedziałek, 28 lutego 2011

Rozdział III. Puste miejsca


Zaciągając mocno poły szlafroka ruszyłem w stronę drzwi wejściowych. Albo wyjściowych jeśli patrzy się od metafizycznie drugiej strony. Ciemności nocy ogarnęły już teren szpitala, w oknach sal świeciły się drażniące oczy jarzeniówki. Jak można wyzdrowieć, gdy patrzy się przez cały czas w kolor i epileptyczność takich lamp. Zdziwiłem się, że nikt nie chciał, żebym już wracał, żebym ja, chory obłożnie nieudacznik on wracał już do środka z powodu zimna i mroku. W zwykłym szpitalu chyba by to nie przeszło, ale tu, coś mi się tak wydaję, nikt nie wierzył w to, że mógłbym sobie coś złego zrobić. Uciec? Niby gdzie, jak z trudem wiem gdzie jestem, a już w ogóle nie wiem, gdzie miałbym pójść

W pewnym momencie usłyszałem świst. A w zasadzie świstek, pohukiwanie... coś jakby pociąg, lokomotywa. Dziwne, bo skoro szpital, wielki jak cmentarz wojskowy, znajduje się w samym środku niczego, to skąd tutaj jakaś linia kolejowa... Świtek szybko zamarł i pozostało mi tylko słuchać pohukiwania naturalnego, sów innych ptak nocnych, których nazw nigdy nie znałem i pewnie nie poznam. Żaden obóz ornitologiczny nie będzie mnie w stanie tych nazw nauczyć, bo znając siebie, pewnie całe dnie przeleżałbym w trawie na polach klub w opuszczonych przy brzegu łódkach i spałbym i myślał o tym jak długo nikt mnie nie znajdzie. Raczej na nic okazałaby się moja pomoc i próby nauczenia mnie obchodzenia się ze zwierzyną lotną. No więc uznajmy, że słyszałem sowy i niech tak pozostanie. Gdzieniegdzie wiatr wzbierał i szalał między drzewami. Alejki w parku szpitalnym co chwila zasypywały się żółto-czerwonymi liśćmi, by zaraz przy kolejnym podmuchu się ich pozbyć. Lekka mgła spowiła ławki i fontanny. Nie miałem już po co zostawać na dworze.

Nagle moją uwagę przykuł dość nietypowy jak na XXI wiek obraz. Zza największej wieży szpitala (tej zachodniej), mierzącej około 60 metrów wyjechał koń z nisko pochylonym jeźdźcem. Galopem puścił się między drzewami, słychać był tylko miarowe tam-tam-tam...tam-tam-tam...i pojechał w ciemność nie mając zupełnie żadnego ze sobą światła. Wiodłem wzorkiem za tym, dość na szpitalne warunki nietypowym zjawiskiem i kiedy jeździec z rumakiem skryli się w ciemnościach dopiero skierowałem wzrok na okna w najwyższej wieży. Przypomina ona basztę, taką średniowieczną, jakby "mój" szpital wielkości cmentarza wojskowego, był kiedyś warownią obronną, a w tej właśnie wieży znajdował się ostatni przytułek, ostatnia deska ratunku. Grube, naprawdę widać to z zewnątrz, mury sprawiają wrażenie nieugiętych, niezniszczalnych. I do tego ten pomarańczowodachówkowy szpic! No istny Grunwald! Kilka okienek, już barokowych widniało na ścianach od południa, a następne trzy ciągnęły się spiralnie w górę. Pewnie tam była klatka schodowa, albo coś...nie wiem, przyznam się, bo jeszcze tam nie byłem. Ale coś czuję, że zostanę tu dłużej, więc będę miał okazję sprawdzić te przedziwności. Co ciekawe, za wieżą, na dachu szpitala (ma on cztery kondygnacje, więc jest naprawdę wysoki) ciągnie się ku północy szklane, trójkątne sklepienie, coś niczym tunel szklarniowy.
Przestałem się przyglądać wieży, ocknąłem się troszkę i skierowałem kroki do bramy wejściowej.

Wolnym krokiem wszedłem na schody. Tak się składa, że numeracja sal w szpitalu była zupełnie inna niż w pozostałych budynkach publicznych. Zwykle sale o najmniejszym numerze są na najniższym piętrze, a w szpitalu moim wielkim jak cmentarz wojskowy, najniższe numery były na piętrze ostatnim, na czwartym. To tak, jakby ktoś założył sobie, że już nigdy nie dobuduje ani jednej cegły to tego przybytku. Ani choć kropli tynku w morzu potrzeb przestrzennych. Szedłem powoli ostrożnie stawiając nogi na schody. Były dość strome i do tego końcówki drewienek były nieco wystające, więc łatwo było zahaczyć nogą i się przewrócić. Wszedłem na swoje piętro. Na korytarzu lekki szum. Pielęgniarki skakały jak w ukropie z sali do sali, jedna pchała wózek z zabandażowanym jegomościem (chyba to był jegomość). Nikt nie zwrócił chyba uwagi na poznanego przeze mnie "lokatora" sali 38. Stał samotnie nieopodal swojej sali, odwrócony w stronę ściany, a w zasadzie to nie stał tylko opierał się czołem o ścianę. Tłuste włosy wisiały lekko i tylko podmuchy wiatru wywołane przez pielęgniarki biegające obok niego poruszały kosmyki. Miał otwarte oczy. Nieruchome. Tylko krople łez spadały po cichu na posadzkę. Ręce wisiały luźno w dół, nie ruszały się palce. Mój współchorujący wyglądał jak koniec epoki. Jak niedający się wyczyścić kurz z zakamarków. Jak niechęć. Przeszedłem obok niego nie zagadując. Nie robiąc nic. Bo nie wiedziałem co zrobić. To strasznie słabe, ze nie wiedziałem co zrobić. Gdyby nikt na świecie nie wiedział co zrobić, nic by się nie działo. Albo działo by się źle. I świat by zszedł. A tak, że czasem ktoś wie co zrobić, to jakoś się ten bałagan kręci. Ja jednak należę w wielu przypadkach do tej części społeczeństwa, która nie wie. Albo jak wie, to wie źle, nie właściwie. Wprawia mnie to wielokrotnie w poważne mielizny nastrojów ale nie potrafię tego zmienić...jeszcze.

Postanowiłem jednak nie kłaść się jeszcze spać. Była 23 ale nie czułem zmęczenia na tyle dużego by odpuścić sobie już końcówkę dnia. Dlatego podszedłem do tablicy informacyjnej znajdującej się na piętrze i znalazłem gdzie znajduje się pokój lekarski. Chyba naturalne, że chciałem wiedzieć co się ze mną dzieje i dlaczego. Pokój był na drugim piętrze. Pokój numer 210. Nie zastanawiając się długo zszedłem niezbyt szybko dwa piętra niżej i zacząłem szukać mojej dzisiejszowieczornej destynacji. Drugie piętro różni się znacznie od czwartego. Kiedy na moim piętrze królował szpitalny minimalizm i sterylność operacyjna, tak tu, na piętrze drugim można było odnaleźć szczyty elegancji osiągane za pomocą burżuazyjnych środków. Mahoniowe drewno lśniło się i odbijało w sobie jasno żółte światło żyrandoli. A za taki żyrandole można by chyba kupić schron na księżycu i bilet miesięczny na tramwaj tam i z powrotem! W sumie gdybym nie wiedział, ze to szpital, pomyślałbym że jestem w budynku ambasady tudzież w posiadłości angielskiego lorda. Brakowało tylko hartów biegających po korytarzach! Zapach specyficzny unosił się tuż nad brązowymi dywanami. Sam nie wiem co to dokładnie było...nie był to zapach kadzideł, choć niejeden kościół zawstydziłby się czując to co czułem na drugim piętrze. Co ciekawe, ruch panujący na moim piętrze, nie miał w tym eleganckim wnętrzu żadnego odbicia. Wiadome, że słychać było lekki szpitalny szelest fartuchów i pusty dźwięk drewniaków.

- To o tyle niesamowite, że to w sumie nowy przypadek. Mieliśmy w tym szpitalu wiele chorych, wiele osób mających różne schorzenia, niedociągnięcia czy natręctwa, ale czegoś takiego jeszcze nie...
- Jeszcze nie przeżyłem? To chcesz powiedzieć?

Dwóch lekarzy wyszło z pokoju lekarskiego i głośno o czymś konwersowało. Słuchałem z zaciekawieniem, bo a nóż dowiem się czegoś nowego. Czegoś co w ogóle może być związane ze mną. Ten młodszy z włosami do ramion kontynuował:

- I to nawet nie chodzi o to, jak on się czuje, wiesz? Bo może czuć się nadzwyczaj dobrze! To w tym wypadku nie ma najmniejszego znaczenia! Chodzi o sam fakt istnienia czegoś takiego, o to, że pomimo tego, że takie schorzenie istnieje, co może się wydawać niewyobrażalne, da się życie...
- ...albo egzystować - skwitował drugi, grubszy, z dużymi pekaesami. - Wiesz, że wakumizm oznacza, właśnie raczej egzystencję zastaną, w tym rumijackim znaczeniu?
- Nie zaciągaj tu Rumijackiego! Bo to nie o jego teorie chodzi! - oburzył się młody.- Rumijacki mówił bardziej o schizofrenicznych zapędach, o których w tym przypadku nie może być mowy. To coś więcej. Niestety! Niestety dla tego jegomościa, rozumiesz. Bo to nie jest do wyleczenia, to nie jest w ogóle do leczenia.
- Wiem, rozumiem - przytaknął gruby.
- I to jest problem. To jest gorzej niż problem. To już nie jest nawet chyba działka szpitala, bo lekarz tu nic nie poradzi...sam nie wiem.
- No ja tez nie wiem, choć uważam, ze powinien pozostać pod obserwacją...
- O tym czy pozostanie pod obserwacją zadecydują inni, wiecie? - wtrącił się trzeci, niosący niebieską skórzaną teczkę. - Nie macie tu nic do powiedzenia, bo i tak o tym co dalej z pacjentem się stanie, zostanie zadecydowane gdzie indziej i kiedy indziej.
- No tak, tak - odezwał się gruby. - Ale pewnie już coś wiesz, co się stanie?
- Nic nie wiem! Szybko zripostował ten z teczką.

Patrzyłem na to wszystko obojętnie, choć żal mi się zrobiło tego pacjenta, o którym rozmawiali, bo ten cały wakumizm nie brzmiał zachęcająco. Jeszcze jak nie można tego leczyć, to już w ogóle żal tego...skazańca, bo jak inaczej nazwać jego położenie?!

Przeszedłem obok pokoju lekarskiego.

- Proszę pana!- usłyszałem z wewnątrz.
- Ja? - spytałem.
- Tak, tak. Proszę do mnie.

Jegomość w garniturze, doskonale skrojonym, podkreślającym szczupła sylwetkę, zawołał mnie to swojego "szlacheckiego" gabinetu. Czarny garnitur, gładki, koszula lekko błękitna i fioletowy krawat typu "śledź". Włosy miał krótko ścięte, tylko za lewym uchem, miał wygolone zupełne malutkie miejsce. Był nadzwyczaj elegancki, co mogło dziwić w kontekście szpitala, ale już nie dziwiło w kontekście wystroju i klimatu piętra drugiego.

- Jestem ordynatorem. Witam pana. Przepraszam, ze wcześniej nie odwiedziłem pana, mam zwykle zwyczaj odwiedzać nowo przybyłych, ale jakoś teraz natłok spraw sprawił, że nie mogłem uścisnąć panu prawicy tuż po pana przyjeździe do nas.
- Ależ...nic się nie stało... - powiedziałem szczerze zaskoczony.
- Chciałem z panem zamienić kilka zdań w związku z pana dolegliwościami.
- Świetnie! - wręcz wykrzyknąłem. Bardzo mnie to ciekawiło.
- To się okaże, czy tak świetnie...

Przestraszył mnie. Te słowa w tym gabinecie, przypominającym gabinet ekscentrycznego szalonego chirurga-kanibala. Wszędzie na ścianach, obitych pięknym i lśniącym drewnem wisiały obrazy, zdjęcia czy też oprawione w szkło repliki ludzkich ciał i organów. Nie było to samo w sobie przerażające, bo gdy popatrzymy na dentystów, to każdy w swoim gabinecie ma modele i zdjęcia zębów, próchnic i borowania. Pewnie ordynator był chirurgiem więc pozwolił sobie na taką a nie inną ekstrawagancję. Więc nie jest to obrazek z horroru, czy innego filmu klasy gore, ale po prostu dla mnie, była to nowość, więc dlatego czułem się lekko niepewnie. No i to, że ze mną jest coś nie tak. Nie wiedziałem co. On wiedział i jeszcze nie powiedział.

- Pamięta pan jak pan się do naszego szpitala dostał?
- ...szpitala wielkiego jak cmentarz wojskowy? - odparowałem.
- ..yhmm...tak. Właśnie w takim. W tym, jeśli miałbym sprecyzować. - zszokował się moją ripostą.
- No to jeśli mam być szczery, ale tak absolutnie szczery to nie pamiętam nic! Nic a nic. Nie pamiętam jak się tu znalazłem, ani dlaczego tu jestem, choć niektóre objawy jakie posiadam, wskazują mi na pewne okoliczności.
- Na pewno się pan myli. Tego jestem pewien.
- ...aaa skąd ta pewność? To moje przypuszczenia, mogę mieć trochę racji...
- Nie.
- ...yh...co nie? - zdziwiłem się.
- Nie ma pan racji. Na pewno. Nie ma pan pojęcia jakie schorzenie pana nęka, ani nie ma pan pojęcia jak z nim walczyć. Co więcej, na pewno nie słyszał pan jeszcze o czymś takim.

Zamilkł. Nie zmienił pozy, cały czas stał oparty o biurko, z jedną nogą lekko zawiniętą za drugą. Na ręce miał zawiązaną chustkę, niebieską w czerwoną kratę. Taką zwyczajną, jak to niektórzy by powiedzieli- bandanę. Stał i nie mówił póki co nic.

- Proszę? - głos mi się troszkę ściszył, lekko załamał...
- Mówię, że pańskie schorzenie jest czymś niezwykle rzadkim. Wręcz...
-...wręcz?
- Wręcz czymś nowym. Nie odnotowałem w swojej karierze jeszcze czegoś podobnego. Słyszałem, że takie rzeczy się dzieją, że tak powiem, ale nie sądziłem, że kiedykolwiek będzie mi dane spotkać się z osobą cierpiącą na... - umilkł. Złapał się lekko za górną wargę i naciągnął ją leciutko.
- Proszę mówić! - wrzasnąłem, uderzając ręką w oparcie fotela, w którym siedziałem.
- Spokojnie. Na wszystko przyjdzie czas - odparł.
- To są jakieś chyba kpiny! Skoro już tyle pan powiedział, to proszę dokończyć! - krzyknąłem wściekły.
- Spokojnie. - powiedział opanowany - Już w takim razie kończę.
- Słusznie.
- Pewnie nie słyszał pan o podobnym schorzeniu, a nawet jeśli to tylko i wyłącznie w książkach fantastycznych.
- Proszę przejść...
- Chwila! - podniósł głos - Ja panu nie przerywałem. Jeśli chce pan wiedzieć co panu dolega i co zamierzamy z tym zrobić, powinien pan mnie słuchać i czekać. Chwila panu nie zrobi różnicy, chwila bez gadania oczywiście.
- Przepraszam, ma pan rację. Proszę więc lecieć dalej. - odparłem, bo rzeczywiście miał rację.
- A więc dobrze. - usiadł na biurku krzyżując w powietrzu nogi. rękoma opierał się o blat, na którym siedział. - Kiedy rozpoznaliśmy schorzenie, które pan nosi, nie dziwi nas już więcej fakt, ze nie wie pan co się z panem stał, ani nie dziwi nas to, że nikt i nawet pan i w ogóle nikt nie wie co się z panem stało. Powinienem jednak zacząć od tego, ze wiedzę na temat pańskiej choroby mamy tylko z książek i kilku opisów osób, które widziały coś podobnego. Mamy tez jeszcze jedno źródło, o którym nie będę póki co mówił, ale jestem wręcz pewien, ze kiedyś sam pan do niego dotrze. Książki mówią dość enigmatycznie na temat choroby, której jest pan...ofiara, że tak powiem. Mamy jednak wręcz pewność, że to właśnie ta choroba. Słyszałem rozmowę moich kolegów przed drzwiami. Rumijackiego nie musi pan studiować. To nie to. Ale "wakumizm" mógłby pan poznać. Bo same go przeżywanie to nie wszystko...
- Wakumizm? - spytałem zszokowany, bo nie sądziłem, ze dwaj goście w kitlach przed drzwiami, rozmawiają o mnie.
- Tak. Wakumizm. Tak fachowo nazywa się choroba, na którą jest pan łaskaw chorować. Popularnie, nazywa się owe schorzenie "pustymi miejscami". Można się chyba domyśleć prawda?
- Tak...yhm...chyba tak - nie wiedziałem co odpowiedzieć, a w sumie taż i nie wiedziałem co powiedzieć. Żarty w takiej sytuacji nie śmieszyły. Zresztą, może i śmieszyły, bo poza nazwą i nazwą drugą, nie wiedziałem o swojej chorobie nic. Więc jeszcze było dobrze. W miarę.
- Przejdźmy jednak do samej choroby. Nazwa nie dużo mówi, choć wskazuje o co będzie chodzić. Wakumizm rzeczywiście polega na próżności. Na braku. Na niedoborze. Na brakach, liczbie mnogiej.
- Czyli? - zapytałem zdegustowany ale i poddenerwowany.
- Czyli, oznacza to mniej więcej tyle, że jest pan...nie kompletny. Wybrakowany.
- To bzdura! Pan oczywiście wie o tym, że to bzdura, bo o tym o czym pan mówi, nie ma pan bladego pojęcia!!
- Nie. To nie bzdura. Nie wiem jak panu mogę to udowodnić, ale to nie bzdura, lecz prawda, najbardziej przerażająca.
- No ale skąd pan to może wiedzieć!? - ryknąłem.
- No na przykład, drogi panie, z obserwacji. Z doświadczenia, z badań. A trzeba panu wiedzieć, że metody mam niekonwencjonalne. - odparł spokojnie.
- Nic mnie to nie obchodzi! To jakaś szarlatanerka i w ogóle degrengolada! Przecież to jest w ogóle nie możl...a na czym polegają te braki? Jeśli można o takie bajki pana spytać?
- Braki polegają na nie posiadaniu czegoś. W wakumiźmie, chodzi właśnie o niedobory w danej chwili, bo tak się składa, że nie można wskazać jednego jedynego miejsca, czy...hm, to może zabrzmieć niewyobrażalnie, nie można też wskazać jednego obszaru pańskiego "ja", które jest zainfekowane brakami.
- Chce pan powiedzieć, że może mi brakować nerki, albo może mi brakować, tak jak mi się wydaję, piątej klepki?
- Ta...ak. Dokładnie w prosty sposób bym to przedstawił. Może panu brakować narządów, co organizm stara się zniwelować na pewne tylko jemu znane sposoby, albo może panu brakować aktywności w sferze psychicznej. Co za tym idzie, w emocjach, pamięci, odruchach. We wszystkim jednym słowem. To jest właśnie trudne w leczeni wakumizmu, że nie wiadomo za co się zabrać. Bo tak dużo jest możliwości. Dlatego tez dostał się pan te parę dni temu do nas. Bo nasz szpital ma najlepsza renomę, jeśli o leczenie trudnych przypadków chodzi.

Ochłonąłem. Jego głos wydawało się szczery, więc nie miałem prawa się na niego denerwować. No bo niby czego ten jegomość jest w danej sytuacji winny? A że sytuacja jest prawdziwa, a nie zmyślona...to już jakby pozwalam sobie stwierdzić po tej krótkiej rozmowie z ordynatorem. Przekonał mnie, że nie stara się mnie "wkręcić". I to było najstraszniejsze. Puste miejsca, miejsca z brakami. I to jeszcze jakby w ciele tylko, to było by to do zniesienia. Ale wszędzie, czyli...wszędzie, w każdym aspekcie?! Nie mogłem tego objąć rozumem, kto wie, może w nim mam jakieś braki już teraz...nie wiem.

- Proszę jeszcze nie rozmyślać zbyt dużo nad pana sytuacją. Dojdzie pan do bardzo niekorzystnych wniosków, a to nie będzie wskazane. Szukamy rozwiązania. Leczymy pana i nie przestaniemy, póki nie uda nam się pana...napełnić - powiedział i zaśmiał się lekko.

Zrobiło mi się lżej. Ciekawe, ile waży brak...?

piątek, 25 lutego 2011

Rozdział II. Złe myśli


Jednak w końcu wyszedłem. Nie wspomniałem jednak o drzwiach do szpitala. Przypominały one nie drzwi do ośrodka służby zdrowia lecz raczej wejście do katedry jakiejś. Całe drewniane z rzeźbionymi wokół historiami. Nikt mi o nich nie opowiadał ale co widać opowiedzieć mogę. Zacznę od wprowadzenia. Cały szpital był położony w wzgórzu w środku lasu. Wiem to z mapy i obrazu, który widziałem na korytarzu. Obraz może nie był wysokich lotów jeśli o jakikolwiek artyzm chodzi, ale przynajmniej pozwalał mi się rozeznać w sytuacji topograficznej. Cały szpital na płótnie był rzeczywiście potężny, miał rację mój sąsiad szpitalny. Wokół wszędzie jak okiem sięgnąć był las iglasty a niemalże wszystkie korony drzew były otoczone mgłami. Kiedyś kiedy jeździłem z rodzicami w góry, do pewnej zanurzonej w podhalańskim lesie chaty, gospodarz opowiadał mi, że poranne mgły unoszące się nad lasami to nie żadna para wodna czy inne zjawiska, tylko nic innego jak duchy osób pochowanych w lasach. Wychodzą one z ziemi, niczym wiewiórki wspinają się po drzewach i lecą w górę by sobie dniować jak wszyscy ziemi mieszkańcy. Dlatego czasem czuć czyjąś obecność wokół nas… to właśnie poranne duchy z nad lasów kręcą się po polach i wokół obejść i czasem wchodzą do izb i mieszkań a potem żyją po życiu. Tak to już jest. Skoro góral tak mówi to tak jest. Więc nie powinno dziwić, że widząc nasz wielki szpital o wielkości cmentarza wojskowego, na tle lasu otoczonego mgłami, na myśl od razu przyszły mi duchy, a poszczególne chmurki zaczęły układać mi się przed oczyma w postaci wyimaginowane.
Mając tę wizję przed oczyma, patrzyłem na historię opowiedzianą w wyrzeźbionych drzwiach. Od lewego dolnego rogu, aż po sam czubek drzwi (zaokrąglonych u szczytu) rozciągały się lasy. Wszelkiego rodzaju. Ktoś musiał naprawdę się namęczyć, dłutem czy kosikiem jakimś dłubać wszystkie płatki tam umieszczone. Wokół tych drzew kręciły się małe ludziki z liśćmi zamiast dłoni, uśmiechnięte od ucha do ucha, na głowie zamiast włosów, mające malutkie drewniane witki. Było ich kilkanaście, naprawdę wszelkie pochwały dla twórcy. Z drugiej natomiast strony artysta wystrugał kilka pieców z wysokimi kominami. Dym z nich buchał potworny, lekko u szczytu drzwi muskający korony lewobrzeżnych drzew. Z otworów w piecach zamiast drewien wyskakiwały małe węgielki, którym, chyba dla żartu, dorobiono malutkie rączki i złośliwe oczka. Na obrzeżach drzwi niczym płot wokół pola, sterczały drewniane różnej wielkości kołki. Tylko one były jakby niedokończone. Tak jakby ktoś cały misternie rzeźbiony obraz okupił godzinami pracy a już inny ktoś nawbijał po jakimś czasie rzeczone kołki. Nie wyglądało to źle. Nawet powiedziałbym, że wyglądało nad wyraz dobrze. Jednak moim celem, nie celem było wyjście na ogród i zażycie powietrza w przyszpitalnym hamaku, tak więc nie zastanawiając się dłużej, odwróciłem się od drzwi na pięcie i ruszyłem na ogród. Było już ciemno ale hamaki nie były ściągnięte. Położyłem się w jednym i zasnąłem , nawet nie chciało mi się przykryć leżącym obok kocem w kratkę… takim zwykłym kocem, żółtym w niebieską kratkę. Nawet na to nie miałem ochoty.

Miałem przed oczyma te wielkie drzwi do szpitala, również wielkiego, niczym cmentarz wojskowy. U siebie w domu nie miałem takich, nie miałem nawet zwykłych drewnianych drzwi, ale proste wręcz prostackie drzwi z płyty paździerzowej. Na takiej płycie wyryło się moje dzieciństwo i dorastanie. Wewnętrzną część drzwi mieliśmy oklejoną czarną, lekko frotę narzutą. Wbijaliśmy w nią z rodzeństwem przypinki i odznaki. Wszystkie jakieś naleźliśmy w domu, u znajomych (mieliśmy nawet grę z bratem, kto wyniesie więcej przypinek z domów i mieszkań znajomych rodziców), na ulicy… w końcu całe drzwi były oklejone. Ale jak przypomnę sobie brzegi i framugę, to aż coś wykręca mi trzewia! Odchodząca farba, gdzieniegdzie pozostałości po gumowej uszczelce… strach! Te drzwi były zupełnie inne a nic nie wskazywało na to, że wyjdę ze szpitala szybko, więc póki co, ten budynek stał się moim domem. Takim tymczasowym, bez meldunku.

Zasnąłem. Snem spokojnym, snowym. Śniła mi się szkoła. Akurat była przerwa. Wszyscy siedzieli w kucki pod ścianami. Co chwila uderzało gdzieś siedzisko drewnianego krzesła składanego. Zapach pasztetu… tak! Pasztet! Substytut śniadania. Jak ktoś miał kanapkę z szynką i sałatę zieloną, to było coś! Chyba miał bogatych rodziców. I te koszule flanelowe. Najpopularniejsze, przylegające do ciała. Czerwono- czarna krata, albo fioletowo- czarno- żółta. Okulary w czarnych rogowych oprawach. Wszystko lekko przykurzone jakby zdjęcie z polaroidu. Przewróciłem się z boku lewego na prawy śpiąc dalej. Ubikacja. Kilku moich kolegów z klasy zaciąga się papierosem. Sporty. Skąd oni takie mieli?! Nie ważne. Palą. Stołówka. Zimna zupa ogórkowa i klopsy z upitymi ziemniakami a do tego marchewka z groszkiem. Wszyscy siedzą i jedzą. Nie widzę twarzy. Włosy wszyscy mają na twarzach, spadające. Szatnia przed wuefem… zapach potu jest przenikający. Chyba jest zima, bo żeby się przebrać muszę ściągnąć kalesony, które aż lepią się do nóg… nienawidzę tego… a potem czuję już tylko wstyd. I nie widzę już moich kolegów palących papierosy tylko jakichś gości z innych klas. I nie mogę znaleźć swojego worka na buty. Kurtkę mam podarta pod pachami, bo ktoś mi ja szarpnął z wieszaka. Nienawidzę tego. Zawsze siedziałem w przedostatniej ławce, bo nie mogłem siedzieć w ostatniej, bo nie byłem z „nimi”. Nie siedziałem w pierwszej, bo się bałem. Siedziałem za każdym razem z kimś innym, bo nie umiałem się przekonać do nikogo… nawet buty na zmianę paliły mnie w nogi i czułem, że wszyscy kpią z nich jak i ze mnie. Miałem dobrą średnią, okupioną godzinami męki. Miałem dobrą średnią i nikogo kto mógłby powiedzieć, że świetnie że mam taką wysoką średnią. W ogóle byłem, a może dalej jestem średni. Obudziłem się.

Zrobiło się zimno. Spojrzałem na zegar na jednej z wież szpitala. Dochodziła 19. Robiło się już naprawdę ciemno. Listopad tak ma. Moje myśli też tak mają zarówno w listopadzie jak i zwykle o zmroku, chyba że jest to zmrok wiosenny albo letni. Wstałem z hamaka. Teren szpitala był przeogromny. Nie widziałem jeszcze ogrodzenia ale miałem takie wrażenie, że go widzę, gdzieś na horyzoncie, zaraz przed lasem. Nikogo nie było w ogrodzie, ani w alejkach, ani między drzewami ani, gdzieś przy budynku chociaż…

wtorek, 22 lutego 2011

Rozdział I. Pies


W zasadzie sam nie wiem jak znalazłem się w tym miejscu. Na domiar złego nikt nie był mi w stanie wytłumaczyć, kto i jak mnie tutaj sprowadził. Jedynym pewnym stwierdzeniem jakie usłyszałem, była wypowiedź pielęgniarki o stanie mojej wysokiej nietrzeźwości. Dawno nie nasłuchałem się tyle złego pod adresem osób wstawionych, nie mówiąc już o niezliczonej ilości określeń, mających na celu poniżenie i zdyskredytowanie „pijanych degenerusów”, przez szanowną pielęgniarkę użytych. Pewnie i miała miejscami rację, ale generalizować ten jakże całostronny margines społeczny jest w moim mniemaniu niezwykłym nadużyciem.

Po owym kazaniu na temat trzeźwego myślenia, podobno zapadłem w niespokojny sen, który przerodził się w półprzytomną walkę z konwulsyjnymi odruchami wymiotnymi i mamrotaniem raz po raz, krótkich fragmentów rozmów, tudzież monologów. Któż to zgadnie co w takim stanie człowiekowi do głowy przyjść może. Następnie, również podobno, zostałem przebrany i położony w sali numer 42, na drugim piętrze, tuż obok sali 41, w której leżeli obłożnie chorzy dwaj panowie, zupełnie nie podnoszący się z łóżek i co chwila w nieopamiętaniu krzyczący bluźniercze hasła pod adresem wszechogarniającego konsumpcjonizmu i dwulicowej polityki, oraz obok toalet, co w mojej sytuacji stało się sprawą niezwykle istotną. Pomimo podanych mi, jakże „podobno”, środków, nie udało mi się uniknąć charakterystycznych objawów nadużycia środków alkoholopodobnych. Tego jednego mogę być pewny, gdyż dziś wcale nie czułem się dobrze. Srogi ból głowy w tylnej części, potylicznej, oraz ból oczu w głębokościach oczodołów, sprawiał mi od samego rana niezaprzeczalne problemy. Dodając jeszcze w kółko padający na dworze deszcz.

Do okien pukała już jesień. Nawet nie chodzi o spadające liście i wszechogarniającą kolorowość, ale o ten specyficzny zapach w powietrzu. Ten który mrozi gardło, przy każdy hauście tlenu. Przez lekko uchylone okno sali 42 wpadał właśnie ten rześki zapach, który doprowadzał mnie powoli do stanu używalności. Czułem się brudny. Mimo tego, że miałem na sobie czystą piżamę i ewidentnie byłem wykąpany. Pożółkłe ściany lekko tylko były oświetlane przez pomarańczowe już światło słonecznozachodzące. Nie wiedziałem co powinienem zrobić. Czy wstać i próbować dojść do tego, co się ze mną stało, czy po prostu oddać się przymusowemu marazmowi. Zawsze w takich sytuacjach staram się zdać na innych, ale jako, że w sali 42 leżałem sam, nie miałem nawet do kogo się odezwać. Pielęgniarka właśnie wyszła. Przyniosła mi obiad i sprawdziła kroplówkę. Leżałem więc sam, nie ruszając się za bardzo, odczuwałem bowiem nieprzyjemny ból w prawym boku. Dlatego czekając na rozwój wydarzeń, zapadłem w lekką drzemkę.

Obudziłem się już po zmroku, kiedy to już okno w mojej sali musiało być zamknięte z powodu wkradającego się między framugi zimna. Lubię to zimno. Od zawsze je lubiłem. Kojarzy mi się z czasami kiedy jeszcze chodziłem do przedszkola. Zawsze w okolicach października czy listopada, kiedy wracałem do domu, taki chłód towarzyszył mi razem z którymś z rodzicieli. To dziwne, ze pamięta się takie rzeczy a nie coś bardziej ogólnego. Zwykle jeden szczegół jest migawką wspomnienia, a w ogóle jest tylko i wyłącznie jego ramą. Podobne uczucia żywię do zapachu domowej roboty wina, które także mój dziadek zwykł robić na swojej małej działce. W dusznych alejkach malin czuć było duszący wręcz zapach. Cuda fermentacyjne. Nie pamiętam jak często i po co jeździłem z dziadkiem na ową „daczę”, nie pamiętam topograficznych jej szczegółów ale pamiętam właśnie ten zapach… I podjazd na samochód. Zardzewiałe dwa kawałki blachy przypominające „kanał” u mechanika. Wspinałem się na nie, wjeżdżałem samochodami i przywiezionym przez dziadka wagonem. Cudowny jest wiek dziecięcy kiedy nawet dwie zardzewiałe blachy są uniwersum nie do ogarnięcia. Ale...

- Podobno ludzie tutaj umierają… - usłyszałem głos, z lekką chrypą, łamiący się w połowie co po niektórych słów. – Tak mówią w tym szpitalu. Słyszałeś coś o tym? Nie żeby mnie to szczególnie interesowało, bo wychodzę stąd za parę dni, no ale kto wie co może się zdarzyć w ciągu tych kilkunastu godzin.
Trudno się było z nim nie zgodzić, bo któż to może wiedzieć. Ale dlaczego mówił to akurat do mnie, dlaczego właśnie on i dlaczego w ogóle mówił!? Patrzyłem na ubranego w pasiastą piżamę (ja miałem białą, całą białą bez żadnych nadruków, tylko z wyszytym numerkiem 293) jegomościa, nie wiedząc co o nim myśleć. Był trochę starszy ode mnie, miał bardzo pooraną zmarszczkami twarz, i lekki, wynikający tylko z niechlujności zarost, pożółkły od papierosów. Włosy sięgające niemalże do ramion, zaczesane miał do tyłu, i wszystko wskazywało na to, że nie jest zwolennikiem używania szamponów. Przetarłem oczy z resztek snu.
- Ale o co chodzi, znamy się?
- Jeszcze nie. Tak zagaiłem. – wyraźnie zdziwił go mój ton i sposób w jaki odbijamy piłeczkę.
- Aha. – wymamrotałem, bo zupełnie nie zachęcił mnie swoją osobą.
- O tych ludziach… naprawdę umierają. I to nie ze względu na choroby czy błędy lekarzy – usiadł na łóżku obok mojego i podał mi dłoń na przywitanie. Uścisnąłem ją, ale nie powiedzieliśmy sobie imion. Ot kurtuazyjnie. – Tak słyszałem z różnych opowieści. Wiesz, ten szpital jest dość duży, niektórzy mówią, że ogromny, tak więc dużo można się nasłuchać. Ja usłyszałem na przykład o tym.
- Rozumiem – skłamałem. – ale to ma coś wspólnego ze mną, czy tylko tak informujesz mnie o tych ciekawostkach?
- To nic personalnego – uśmiechnął się szczerze - ot po prostu, mówię. Coś trzeba mówić, a nie tylko słuchać. Od słuchania można zapomnieć jak się mówi, a ja nie chcę się tego znów uczyć. Zresztą, leżę pod 38 i uwierz mi, że też słyszę dywagację Twoich niezrównoważonych sąsiadów. Mam już tego dość.
- Czyli jesteś tu chyba długo?
- 3 miesiące. Nie wiem jak to możliwe, ale jakoś przeciskam się pomiędzy kruczkami prawnymi i pomimo tego, że chcą mnie wypisać, zawsze coś staję temu na przeszkodzie. Ale mam już dość tego miejsca i tych ludzi. Wszystkich, Ciebie tez zaraz będę miał dość. Bez obrazy! Tak po prostu jest. Nie chodzi nawet o to, że się nudzę, tylko że tak już po prostu mam. Sprawa charakteru, albo jakiegoś chemicznego składnika w mózgu. Nie wiem. Ale jest mi z tym naprawdę dobrze i nadzwyczaj lekko. Nie wiąże z nikim poważnych planów.
- Interesujące. Masz rodzinę? Chociaż psa?
- Psa! Chyba nie mam… miałem, ale odkąd tu jestem, straciłem o nim jakiekolwiek wieści. Wszyscy, którzy mnie odwiedzają, mówią o czymś innym, a nie o nim. Więc chyba go nie mam.
- Biedny pies! – naprawdę tak uważałem.
- Wcale nie! Nie umiałem się nim zajmować, a mieszkam z dala od szeroko pojętej cywilizacji. Przyszedł kiedyś na ganek mojego domu i tak już pozostał. Sam sobie mnie wybrał. Przywiązał się sam. Sam założył sobie obrożę… w przenośni oczywiście. Starałem się być dla niego dobry, ale nie jestem chyba do tego zdolny.

Nie było w tym nielogiczności. Niemniej jednak nie do końca wierzyłem w to co mówił mi mój nowy znajomy. Sam nigdy nie miałem psa, zawsze chciałem. Ale koniec końców nigdy nie miałem. A mój nowy znajomy miał, chociaż wcale nie chciał. A może chciał, ale nie od razu. Tak mi to wszystko tłumaczył, że zacząłem się powoli w tym wszystkim gubić. Ale pomimo swego odstraszającego w pewnym sensie wyglądu, mój kompan mówił całkiem rozsądnie i miał wiele racji w swoich stwierdzeniach.

- …tak! Masz rację, ze może jest to wszystko mało …hm, ludzkie. Takie… aspołeczne, ale przecież ja wszystkich o tym uprzedzam z dość dużym uprzedzeniem. Tak jak było z Tobą parę minut wcześniej. Zgodziłeś się na taki sposób rozmowy, więc jest w porządku. Nikt po naszym rozstaniu nie będzie czuł żalu. Racja?
- Masz rację. Nikt nie będzie czuł żalu, ale co więcej i tak by go nikt nie czuł. Nie musiałeś nic zaznaczać.
- Mylisz się! Po krótkiej konwersacji moglibyśmy się niezwykle zżyć i wtedy trudniej było by się rozstać. Ludzie tak mają. Zapalają się niezwykle szybko i zaczynają łączyć ze sobą jakieś niekontrolowane emocje. Polubiłem Cię. Ale nie mogę powiedzieć, czy zostaniemy przyjaciółmi, ba! Kolegami z jednego korytarza szpitalnego.
- Może rzeczywiście masz rację, ale nie jestem w stu procentach co do tego przekonany…- wszystko wydawało mi się jak najbardziej naturalne, choć nierzeczywiste jednocześnie – Powiedziałeś, że wszyscy którzy Cię odwiedzają mówią Ci o wszystkim ale nie o psie…
- Zgadza się.
- Inny? Inni którzy… rozumiesz, czyli to rodzina, tak?
- Znajomi. Mam znajomych…
- Pomimo tego, że mieszkasz z dala od szeroko pojętej cywilizacji?
- Wszystko pamiętasz...

Siedzieliśmy jeszcze chwilę, aż szarówka zupełnie ustąpiła pola nocy. Wtedy to mój nowy kompan stwierdził, że idzie spać, bo teraz będzie to jedyne słuszne zajęcie jakie będzie mógł wykonać. Miał rację, pomyślałem. Chciałem zrobić to samo. Byłe zmęczony jego opowiadaniami o jego charakterze i podejściu do ludzi i życia. Zresztą, dlaczego właśnie mnie wybrał, jako konfesjonalne ujście swoich wynurzeń?! Tego nie mogłem pojąć. No ale trudno-wytrzymałem i nawet go polubiłem, za szczerość i konsekwencję, a nawet za nachalność bezgraniczną.
- Czekaj! – krzyknąłem za nim, kiedy wyszedł na korytarz. – Nie powiedziałeś mi jeszcze jednego: co się dzieję, dlaczego…wiesz…ludzie umierają? Tutaj akurat! Nie rozumiem dlaczego tak zaczęliśmy naszą wątła znajomość?
- Nie wiem czy zauważyłeś, gdzie znajduje się ten szpital? Skoro byłeś nieprzytomnie upojony, to możesz nie pamiętać. Jesteśmy w sumie na odludziu. Najbliższy dom to robota jakichś, ja wiem, 25 kilometrów. Jedynie stara, zarośnięta krzakami wioska, podobno, ale to powtarzam, podobno, jest gdzieś w okolicy. W tych lasach…yh…rozumiesz? Ale to raczej bajka. Nikt jej nie widział, nikt raczej z obsługi szpitala tam nie był, przynajmniej ja o tym nic nie wiem, a wiesz, jak ktoś mieszka w tym przybytku od trzech miesięcy to już coś może powiedzieć o jego pracownikach.
- No dobra. Ale do rzeczy…
- A no tak. Więc jedyna rzecz, o której słyszałem jeśli o opowieści z okolicy chodzi, to właśnie to, że ludzie umierają tu szybciej i częściej niż w innych miejscach. Na pewno nie chodzi tu o choroby i w ogóle o nic związanego z działalnością szpitala. Usłyszałem takie plotki popijając piwo z panem sprzątającym pomieszczenia pogotowia. Cały szpital jest sprzątany przez wynajęta firmę, a tylko pogotowie należy do właśnie tego intrygującego …woźnego. On opowiadał mi o tutejszych dzikich terenach i dlatego…wiesz, wydaje mi się ta sprawa ciekawa, dlatego zagadałem do Ciebie w ten sposób.
- No dobrze! Ale konkrety! Interesowałeś się tym dalej? – byłem już lekko poddenerwowany całą sytuacją i potwornie długim tłumaczeniem mojego znajomego, więc chciałem to wszystko przyśpieszyć.
- Nie zająłem się tym już bardziej. Nie wiem dlaczego. Chyba nie jestem aż tak bardzo ciekawy śmierci. Nie pomogę Ci też w odnalezieniu owego woźnego. Nie ma go przez najbliższe dwa miesiące. Wyjechał, do rodziny czy coś takiego…nie wiem dokładnie. Powiedział mi jakąś hitsorię o tej wiosce…wiesz, wspominałem Ci. Nikt, powtarzam nikt, nawet ten woźny jej nie widział, nie był tam, ani nie jest w stu procentach przekonany czy to wszystko co jest z nią związane jest prawdą. Kilkanaście lat temu, miał być w tym szpitalu przypadek, śmiertelnie chorego człowieka, który nie był wpisany do żadnej ewidencji mieszkańców w żadnym z okolicznych miast czy miasteczek. Ordynator próbował odnaleźć jego dane w rejestrze krajowym, ale niestety nie był on odnotowany. Nie umiał też dokładnie powiedzieć, co mu jest. Co więcej nikt nie wiedział, na jaką chorobę chorował. Sam stwierdził, że nic mu nie jest i nie ma się czego obawiać. Jak powiedział, tak po trzech dniach zmarł. Spokojnie, we śnie. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że ciało zostało wykradzione ze szpitala, albo, po prostu zniknęło. Sam widzisz, że dziwna sprawa. Bardziej skłaniałbym się do wersji wykradzenia nieboszczyka przez rodzinę, gdyż w pokoju pozostał podobno niewyobrażalny bałagan i było nawet widać odciski paznokci na ścianach. Na ile jest to prawdziwe, nie wiem. Pomyśl o tym sam.
- No dobrze, ale to tylko jeden przypadek, nie dramatyzujmy…
- Były jeszcze dwa podobne. Dwie młode dziewczyny, które zostały tu przywiezione w okolicach wiosny…trzy lata temu. Tak się złożyło, że leżały w jednej sali, nie ważne na co chorowały. Nie było to w każdym bądź razie to samo. Ciężko znosiły klimat szpitala aż w końcu uciekły. Ich ciała znaleziono owinięte w bawełniane prześcieradła, nienaruszone, leżące w ich łóżkach szpitalnych.
- To już coś więcej…ale też jeszcze bym nie dramatyzował. Opowiastki o duchach i strasznych rzeczach na mnie nie działają. Nie żeby deprecjonował to co mówisz, ale to dobre, żeby porozmawiać o tym przy piwie i orzeszkach, ale nie żeby w to uwierzyć.
- Rób jak chcesz. Ja się nie interesuję, nie wiem czy to prawda, czy nie. Mówię co zasłyszałem. Dobrej nocy. Jestem już zmęczony. Poza tym…- popatrzył na zegarek na ścianie – jest już późno. Dobrej nocy.
Odwrócił się i poszedł do 38. Stałem jeszcze chwilę odprowadzając jego przetłuszczoną głowę wzorkiem, a kiedy zniknął w swojej sali, odetchnąłem z głęboką ulga. Zmęczyła mnie jego wizyta, choć jak już mówiłem, polubiłem go na swój sposób.
Wróciłem do swojego łóżka. Byłem trochę zmęczony, więc przykryłem się pościelą po same uszy. Zamknąłem mocno oczy ale niestety nic to nie pomogło. Nie mogłem zasnąć. Leżałem cały czas na plecach, utkwiłem wzrok w suficie, dokładnie w jednej czarnej plamce tuż obok lampy. Patrzyłem otępiałym wzrokiem w tę otępiająca plamkę dobre kilkadziesiąt minut. Znudzony wstałem, wsunąłem nogi w papcie i poszurałem nogami do drzwi. Stanąłem w progu. Akurat pielęgniarki zaczynały rozwozić jedzenie. Dwa wózki z metalowych rurek ze sterylnymi tackami z jakiejś dziwnej blachy wjeżdżały do jednej sali a potem zaraz z niej wyjeżdżały i znikały w drugiej. Jeszcze kilka takich zniknięć i wózek miał się pojawić w mojej sali. Nie byłem głodny więc ruszyłem w stronę wyjścia z korytarza na potężną klatkę schodową. Schody zakręcały w kształt kwadratu i schodziły zakręcone przez wszystkie piętra. Drewniane brązowe poręcze lśniły się od zachodzącego już poważnie słońca. Położyłem na niej rękę i powoli głaszcząc polakierowane drewno zacząłem instynktownie schodzić w dół, bez większej intencji wyjścia z budynku ani bez jakichkolwiek myśli… żadnych złych myśli…

Prolog I


Te pola są pohoryzontalne. Jak okiem sięgnąć nie dzieję się tutaj nic co mogłoby być zaburzeniem zastanego spokoju. Spokoju doskonałego. Nigdy jeszcze nie czułem, że spokój zastany może być doskonały. Że coś co powinno być osiągalne, celowe, w sumie jest już istniejące i nieruchome w gruncie rzeczy. Bezruch powietrza porównywalny do bezruchu myśli. Pola, pola. Wszystko jest naturalne. W tym wszystkim nie ma ani trochę sztuczności. Policzki lekko ogorzałe. Ręce lekko spocone. Włosy w nieładzie. Nigdy wcześniej nie zastanawiałem się nad tymi wszystkimi sprawami, które wszyscy z otaczających mnie osób mieli już przemyślane. Nigdy nie zastanawiałem się, po co się nad tym wszystkim zastanawiać. A jednak w końcu ten dzień, moment, chwila nadeszła. I cały świat w jednej chwili zmienił się i otworzyły się drzwi do tej pory zamknięte.

Cały świat lekko się zamknął. Nie można było już wytrzymać w zastaniu. Statyczność okazała się pędem wzdłuż równi pochyłej. Perpetuum mobile. Raz rzucone hasła i frazesy odbijały się echem…echem…echem…

Przed oczyma stanęli mi jednocześnie rodzice z dziećmi na rękach, dwunastolatkowie z procami w rękach, złomiarze z wózkami pełnymi ułamanych fragmentów kaloryferów i bębnów od pralek, kapitanowie kutrów przewożących piasek, ekspedientki w białych przezroczystych fartuchach, szewcy z garściami pełnymi fleków, kierowcy dorożek z kapeluszem na bakier, malarze z pełnymi paletami prosto ze skupu, kierowcy autobusów z gburowatymi minami, mleczarze z butelkami z szerokimi szyjkami, operatorzy magla, tapicerzy, piekarze z białymi rękoma, kominiarze z czarnymi, rybacy, biegacze, stolarze z drzazgami w najbardziej bolącym miejscu, fryzjerzy, producenci plastikowych zatyczek do kontaktów, elektrycy z papierosami marki „Sport” w kieszeni, żebracy z plastikowymi kubeczkami, czyściciele ulic wraz ze szczotką z niebieskim włosiem. I tak staliśmy wszyscy przed problemem ucieczki. Ucieczki w znaczeniu innym niż zostawieniu wszystkiego za sobą bez namysłu. Bardziej ucieczki „w”. Czyli bardziej doucieczki.

Męczyła mnie industrializacja otoczenia, rury wychodzące z rafinerii, spaliny i mury fabryk. Znienawidziłem oschłość i sterylność. Wszystko było tak nieprzyjazne. Szarość miejscowa zamieniła się we wszechmiar. Schodzący z niebios aniołowie wyrzucali niedopalone papierosy na chodnik przed moją kamienicą. Zawsze przechadzając się do nieopodal położonego parku wchodziłam w te pety, a potem w odchody zwierząt. Jak można było nawidzieć sytuację mojego miasta i mojej około kamienicznej rzeczywistości. Zwierzęta zwierzętami. Nie są winne. Ale ci wszyscy trzymający ich na smyczach parszywi ignoranci. Anioły i ignoranci. A obok tego wszystkiego ja. Marzenie o jeziorach i górach zaczęło odchodzić w dal i pozahoryzont. Zaciskałem pięści aż do zbielenia kości Nie zazdroszczę nikomu widzenia mnie w tych momentach. I nie zazdroszczę odbicia pięści na odcinku od ust do ucha. Jedyna aureola to dym z papierosów wokół skroni. Każdy dzień na nowo oryginalnie, ataki mizantropiczne.